poniedziałek, 20 marca 2017

Historia z ryzykiem w tle - podsumowanie pożyczania bezpośredniego

W poprzednim wpisie anonsowałem artykuł, który będzie podsumowaniem nietypowej inwestycji, dzięki której możemy nabywać prawa do pożyczek, sprzedawanych przez jednego z największych i najstarszych na rodzimym rynku operatorów pożyczkowych.

Samą inwestycję opisywałem w tym artykule. W mojej ocenie miała być ona częściowym remedium na dostającej kolejne razy od rządzących branży pożyczkowej (o czym w artykule: o sytuacji branży pożyczkowej) oraz swego rodzaju świętym grallem inwestycji pozwalającym na bezstresowe inwestowanie gotówki. Wskutek samych tylko zapowiedzi negatywnych zmian dla branży kredytów konsumenckich obligacje firm pożyczkowych nie są już tak dobrym i bezpiecznym biznesem jak dotychczas. A jak sprawa ma się zatem z pożyczkami bezpośrednimi?

Podsumowanie moich kilku miesięcy zmagań, kupowania i inkasowania rat od pożyczek, ich ponownego reinwestowania można streścić do jednego zdania: zdecydowanie warto! Co ciekawe na naszych oczach zmienia się cała branża pożyczkowa jaką znamy.


Z usług łotewskiego potentata pożyczek społecznościowych zaczyna korzystać coraz więcej pożyczkodawców z  Catalyst. Czy można oczekiwać lepszej rekomendacji dla tego rozwiązania?

Dosłownie kilka dni temu dowiedzieliśmy się że poprzez system będący bohaterem naszych wpisów będzie szukała finansowania chyba jedna z liderujących i najbardziej wiarygodnych w branży Spółka Eurocent. Co więcej, z zasłyszanych informacji w podobnym kierunku mają zmierzać kolejni catalystowi herosi, więc trudno o lepszą rekomendację dla systemu pożyczania bezpośredniego.

Biznes dla firm pożyczkowych jest oczywisty. Wiadomym jest że większość zysku czerpią one z kosztów związanych z przygotowaniem oferty, a więc już na samym początku sprzedaży pożyczki a późniejsze żmudne odzyskiwanie odsetek to tylko dodatkowy zarobek. Sprzedaż umów pożyczek do firm typu Mitnos, Kokos czy pro-zysk bardzo szybko uwalnia Emitentom gotówkę (fundamentalnie: poprawia wskaźnik rotacji gotówki), którą mogą ponownie obrócić i zainkasować łatwy pieniądz, by sumarycznie zarobić znacznie więcej!

Zapytacie zatem jaki w tym biznes dla nas? Zanim przejdę do szczegółów podzielę się z wami informacją że na inwestycji w skali rocznej uzyskałem ładne 12% netto co nie wymagało też zbytniego wysiłku jeśli chodzi o stronę formalną. Nabywanie i rozliczanie pożyczek jest faktycznie banalnie proste i szybkie. Także jak widać również dawcy kapitału mogą czuć się ustasyfakojcnowani :)

Teoretycznie wcale jednak nie było tak bezstresowo. Zdarzało się wręcz, że ze wszystkich umów nawet połowa nie była spłacana w terminie. Jednak to co obligatariuszowi spędzałoby sen z powiek, w dziwny sposób tutaj nie budziło najmniejszego niepokoju. System działa.
Przejściowe problemy też się pojawiały

Finalnie wszystkie umowy co do jednej zostały spłacone, a windykowane pożyczki bardzo sprawnie wracały na moje konto (swoją drogą nie chcę wiedzieć jakiej perswazji użył operator by odzyskać należność). Nie zdarzył się też ani jeden przypadek by Operator musiał odkupić w całości umowę z tytułu trwałej niespłacalności.

Rzadko zdarza mi się stawiać tak twarde osądy, ale uważam że na ten moment po prostu nie istnieje lepszy i bezpieczniejszy sposób zarabiania na inwestycjach rzędu 7-12% niż pożyczki bezpośrednie. Co więcej jeśli ktoś wykazałby się żelazną dyscypliną i każdą ratę odsetkową natychmiast reinwestował to bez problemu uzyska ze swoich inwestycji nawet 18% rocznie!

Jedyny problem, który widzę w systemie pożyczek społecznościowych to w mojej ocenie negatywnie pokutujący nad inwestycjami "syndrom pasażera" - pomysł autorski, nieopatentowany ;) W skrócie polega on na tym, że wielu pasażerów samolotów pomimo wiedzy, że znajdują się właśnie w najbezpieczniejszym środku transportu na ziemi, wciąż odczuwa paniczny strach przed lataniem.

Tymczasem to samochód, którym pasażerowie dojechali na lotnisko jest znacznie bardziej śmiercionośnym narzędziem niż samolot. W czym, więc tkwi problem? W potrzebie kontroli, braku zaufania i medialności katastrof lotniczych. Samochód daje nam złudne poczucie kontroli, gdzie to MY decydujemy o szybkości i kierunku jazdy, gdzie to MY uważamy siebie za najlepszego kierowcę i gdzie to MY jeździmy "szybko i bezpiecznie".
"Strach przed lataniem i głód doświadczeń" jak śpiewali Myslovitz  to naturalne uczucie każdego inwestora

Lot to natomiast pełno stresujących formalności, konieczność stuprocentowego zaufania załodze, wreszcie strach przed czymś czego nie znamy i niewiele o tym wiemy. Do tego dochodzi aspekt medialny, katastrofa lotnicza zazwyczaj będzie informacją dnia na całym świecie, setki wypadków na drogach odnotowane zostaną co najwyżej w rubrykach policyjnych.

Czy przypadkiem tak samo nie jest właśnie w inwestowaniu? Tutaj również trudno delegować swoje uprawnienia w inwestycjach na system, doradców czy prawa rynku, nawet jeśli są sprawdzone i nigdy nas nie zawiodły, gdyż w naszej ocenie tracimy wówczas złudne poczucie kontroli i panowania nad sytuacją. Oczywiście nie dowiemy się też o klęsce w inwestycjach przeciętnego Kowalskiego. Co innego jeśli stracą setki osób, najlepiej jeszcze z nieczystymi interesami w tle całej historii...

Mam nadzieję, że aluzja na temat latania i inwestowania przypadła Wam do gustu i przynajmniej częściowo ją podzielacie. Dlatego też wszystkich, którzy nie boją się latać zapraszam po więcej informacji i dyskusji na mojego maila: bondspotter@gmail.com


2 komentarze:

  1. 12% rocznie, ok ale jaki kapitał miałeś zaangażowany?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kulminacyjnym momencie maksymalnie 15 tys, średnio ok 7-8. Może niedużo, ale był to dla mnie okres testowy i robiłem to głównie na potrzeby artykułu.

      Nie zapominajmy, że jestem aktywnym graczem giełdowym, więc nawet 12% niespecjalnie musi być dla mnie atrakcyjne by angażować większe środki. Jednak dla inwestora, raczej pasywnego czy bardziej defensywnego na pewno warte rozważenia.

      Usuń